Wpisy z tagiem: wiersze mi這sne

pi徠ek, 24 wrze郾ia 2010
Jasie雟ki Bruno - Psalm powojenny.

ju dawno Panie duch m鎩 got闚 i przysz這嗆 czeka u鄉iechni皻a w rytmicznym chrz窷cie kulomiot闚 id czerwone moje 鈍i皻a do pulsuj帷ych t皻nic ulic gdzie t逝m przewala swoje twarze przypad貫m ucho swe przytuli i s造sz g逝chy huk wydarze ju si zako鎍zy wielki raut na kt鏎ym by造 lud闚 scysje w ubranych w kwiaty kebach aut ju odjecha造 wszystkie misje nie b璠zie wi璚ej huku dzia 鈍istu szrapnel闚 i mitraliez niech ta鎍zy ten kto dot康 dr瘸 na niebie dzisiaj wielki bal jest wszyscy jak byli - mieli racj dowie嗆 im tego spory trud by pan b鏬 pojecha na wakacje i 鈍i璚i w raju graj w football nikt ci nie plunie kul w twarz nikt ci ju 瞠ber nie po豉mie - - c騜 tak g逝pi min masz m鎩 nieodrodny bracie-chamie? napracowa貫 si jak ko na brzuchu miast st瘼i貫 bagnet mo瞠cie z這篡 w koz造 bro - wi璚ej was bracia nie zapragn w kipi帷ych t逝mach rojnych 鈍i徠 pod zgrzebnym p堯tnem bluz roboczych po nocach we 郾ie nie wiem sk康 widz p這mienne wasze oczy od pociskami zrytych 陰k po progach mogi przesz豉 kolej mo瞠 wam plamy krwawe z r彗 obmyje cjank lub witriolej co si tu stanie co si stanie nad miastem zawis strachu tuman s造sz dalekich burz b造skanie co w 篡豉ch krew spi皻rzaj t逝mom na placu sklepikarze pospieszni i dziwni spuszczaj z ci篹kim hukiem 瞠lazne 瘸luzje ci sami co przed rokiem zza w璕堯w sztywni patrzyli jak armaty wali造 im w gruz je po asfalcie spieczonym i rudym jak krew gromady bladych ludzi biegn帷ych przez bulwar chowaj si za k瘼y suchotniczych drzew kt鏎e zesz陰 jesieni op逝ka kul war na opuszczonym placu mr & merilis tysi帷em witryn w przera瞠niu szcz瘯a kobiety wciskaj帷 si z powrotem w dekolty kryz uderza造 jak w febrze o szcz瘯 szcz瘯a z trotuar闚 jak z 篡znej podlanej grz璠y podnosi造 si bia貫 i fioletowe kwiatk ludzie padaj帷 na twarz krzyczeli: nie b璠! i p豉kali nie wiadomo nad kim na zielonych karuzelach bladzi policjanci gonili z這dziej闚 na drewnianych koniach panowie! zatrzymajcie si! przesta鎍ie! panowie! zapomnijcie o nich! towarzysze tramwajarze nie trzeba p豉ka wstyd嬈ie si macie 透y na w御ach dzi b璠ziemy jak pi趾i pod niebo skaka poprowadz was wszystkich w czerwonych pl御ach Chrystus zgin掖 nie przyjdzie grzech闚 wam odpu軼i kiedy od ci篹kich haubic p鎩dziecie za p逝giem odpuszczamy swoje nieprawo軼i! ca逝jmy usta jedni drugim! patrzcie! patrzcie jaki dziwny cud jaka ogromna szalona nowina przed lustrem ta鎍z w ty i w prz鏚 na prawo i na lewo si kr璚 to jest naprawd nagle pierwszy raz: ja mam r璚e! my wszyscy mamy r璚e! para cudownych kiszek u ramion nam dynda mo瞠my je zgina rozgina podnosi opuszcza ile kto chce powiedzcie! powiedzcie sami! jaka wspania豉 winda! a ja mam tak瞠 palce kt鏎ymi chwytam i jem i nogi na kt鏎ych ta鎍z! nie b璠ziemy nikomu wi璚ej obrywali r彗 ani n鏬 chcemy 瞠by ludzi by這 jak najwi璚ej i 瞠by ka盥y ta鎍zy m鏬 na skraju zielonej drogi pogodni si康ziemy beztroscy w cudzie - - anio這wie ju id umywa wam nogi o dziwni niezg喚bieni cudowni ludzie!

Jasie雟ki Bruno - Przejechali

Piegowata s逝膨ca w bia貫j bluzce w groszki Kto wysmuk造, z rajerem - Przyjedziesz?... - Nie mog... Hooop!! Samochody. Platformy. Doro磬i. Kinematograf szprych Z k馧 這motem gruchota po wysch造m asfalcie. - Poczekaj... -Nie, nie, nie pro, bo mog豉bym ulec... Dzyn! Dzyn!! Tramwaj czerwony wytoczy sie z alej. Jeden. Dwa. Min窸y si w przelocie, dystansuj帷 drog Z這wieszczy 酥iew szlifowanych szyn... Ma造 cz這wiek w burym palcie.... Trrrrrach!!! Stoppp!! Hamulec! Aaaaaaaaaa! Przejechali! Przejechali!!

Jasie雟ki Bruno - Prozowierszem

Od zielonej lampy na bia造m obrusie k豉d si p馧kola ekstatyczne. Chryzantemy milcz. Pianino s逝cha. Bia造 mops na pomara鎍zowym taborecie. Granatowe niebo jest usiane gwiazdami, jak sztandar ameryka雟ki. Z okna trzeciego pietra wyjrza lunatyk i nie spotkawszy ksi篹yca wr鏂i w 這瞠 ma鹵e雟kie, jak przyzwoity obywatel. A ksi篹yca nie ma. Ksi篹yc ma stosunek z kotem na dachu s御iedniej kamienicy. Zegar cyka: Ju czas. Ju czas. Teraz wr鏂 ju zaraz ze swojego koncertu, pe貫n owacji, recytacji i wibracji, jak potr帷ona mandolina. Kiedy wbiegn po schodach i stan na progu. Mops ugryzie mnie w 造dk, a ty podniesiesz si z wolna ze swojego male鎥iego, utulnego fotelika. B璠ziesz wy窺za i smuklejsza ni zwykle, a po ko鎍ach lok闚, co ci spadaj na szyj, pozna貫m, 瞠 na mnie czeka豉. Dlatego powiem jaknajobojetniej: Dzie dobry. I - 奸iczna pogoda... A potem - Strasznie chce mi si pi Wtedy ty podejdziesz do mnie zupe軟ie blisko - blisko i bez s這wa podasz mi swoje ma貫, wykrojone, 豉dne usta. Pochylam si nad nimi i pij, a powoli lampa, mops i porcelanowy Paderewski zaczynaj ta鎍zy jakiego dziwnego cake walka, coraz pr璠zej, coraz pr璠zej, a po鈔odku tego wszystkiego siedzi wielki czarny kot z zielonymi fosforyzuj帷ymi oczyma, kt鏎e znam tak dobrze. Ale po trochu i te oczy zaczynaj si powleka lekk, puszyst mg陰, a sk康 z daleka, z za鈍iat闚 s造sz cichy, mistyczny szept, jak szelest strun, wieczorem. - Zanie mnie na otoman...

Jasie雟ki Bruno - Pogrzeb Reni

1. Zielone nosz suknie z mu郵inu i trawy Bez 廝enic maj oczy jak ludzie w ob喚dzie. Noc raz je widzieli schodz帷e nad stawy, Gdzie po鈔鏚 czarnych lilii 酥i 鄴速e 豉b璠zie. Kiedy palce drapie積e jak w軼iek貫 paj彗i Na klawisze rozpuszcz i ka膨 si pr篹y - Krowy rycz w oborach sp璠zane na 陰ki I szczury z nor wy豉膨 zezowa na ksi篹yc. Ranki teraz s ch這dne i mieni si strachem. W pokojach szepc szafy i ta鎍uj sto趾i. Noc d逝go kto chodzi ko這 moich sztachet, A na progu znalaz貫m czerwone fio趾i... 2. Przyjechali wieczorem, o zmierzchu. Nikt nie wyszed otwiera im bramy. Zatrzymali si z dala od mieszka. Poszli w g鏎 tylnymi schodami Nikt nie widzia ich przedtem i potem, Mieli w r瘯ach narcyzy i r騜e. Gdy nad ranem wracali z powrotem, Cichy p豉cz by這 s造cha na g鏎ze. 3. Chodzi pajac po pokoju, Na nogach si hu鈣a. Kto si d逝go w sali stroi, Nie pozwala p鎩嗆 tam. Aa aa Moja ma豉 b璠zie spa豉. Nie wpuszcz tu 瘸dnych ludzi, Jeszcze mi j kto obudzi. Chodzi wiatr, wpad do sali Tam i drzwiami stuknie. Aa aa Moja ma豉 b璠zie spa豉 Powr鏂i豉 dzisiaj z balu W wieczorowej sukni. 4. Ubierali j po cichu, zatrzymali zegar. Dw鏂h wk豉da這 pantofelki, jeden znosi kwiatki Tulipan闚 nie m鏬 znale潭, po ogrodach biega. Bia貫 kwiatki, kwiatki w ratki Panabogamatki. Kto zn闚 chce si ze mn widzie? Teraz ju jest noc. Powiedzcie im, 瞠 mnie nie ma. Niech id na lewo. 62-622 to nie m鎩 telefon... Chodzi pajac po pokoju Do samego rana. Kto j d逝go w sali stroi. Jeszcze nie ubrana. Takie g逝pie bywa 篡cie... Chodzi paj彗 po suficie. Aa aa Patrz, patrz, jak 豉dnie! Jak on nie upadnie! Chodzi, chodzi, drog maca, hu鈣a si jak 郵epy... Niech ju oni sobie id. Po co oni zn闚 Graj one-stepa. Renia nie chce ta鎍zy... Renia jest zm璚zona... Powiedzcie im niech przestan. Ju jest p騧no przecie Zaraz b璠zie rano... 5. Teraz noc gdacz帷 jak kura Znios豉 okr庵貫 ksi篹ycowe jajko. ... Widzisz, on p豉cze, 瞠 nic nie wsk鏎a. Chod, to ci zaraz opowiem bajk... By raz sobie taki pajac, Co si 鄉ia nie umia. Raz si pajac cjanku najad, Chorowa i umar. Aa aa Spad陰 z nieba jedna gwiazdka. Taka ma豉 opowiastka. Co to komu po tem. Kto by si k這pota. 6. Jak chodzili naoko這, co szeptali przy tem. Mieli twarze bardzo blade, popl徠ali nici. Kto przychodzi nieznajomy o r璚e si pyta. Pokazali mu na ksi篹yc, skurczy si i przycich. Ta tak tak tak Taka ma豉 figurynka Wyd逝瘸豉 si, s逝cha豉, S豉nia豉 si, blad豉. Ksi篹yc wszed za chmury - Z eta瞠rki spad豉!... Aaaaa!! 7. Posz造 ko豉 po wodzie Du瞠 - ma貫 - du瞠 Kto ich widzia jak uciekli. Podeptali r騜e.

Jasie雟ki Bruno - Podr騜niczki

O podr騜e jednostajne na strzy穎nym mi瘯kim pluszu... Wczoraj Marna, dzisiaj Wo貪a, jutro mo瞠 Jan-Tse-Kiang... Patrz w oczy smutnej pani w fio趾owym kapeluszu I ju kocham si, jak sztubak, taki du篡, s豉wny pan. O wytarty plusz poduszki dosy szorstkie wsprze policzki, Turkot cisz uko造sze, wszystko b璠zie, jak przez mg喚. I zn闚 przy郾i mi si usta d逝gorz瘰ej podr騜niczki Ca這wane gdzie wieczorem ko這 Moskwy czy Louvain... Przyjd my郵i wyp這wia貫, jak dalekie sny o damach. Tych, co kiedy mnie kocha造, zapomnia造... mo瞠 czas?... Panieneczki z這tog堯wki zmys這wiej w oknoramach, Ostrym wiatrom si oddaj z ca貫j si造, pierwszy raz. Mo瞠 郾i im si w wiatrakach ba郾iej帷e z這tozamki... Poci庵 czha przez pola w篹em z si陰 400 HP... Panieneczki z這tog堯wki obudzi造 w sobie samki, Z przymkni皻ymi powiekami le膨 wparte w k徠 coup. Znowu zacznie si sonata, tylko nie ta nasza, Jana. Moja biedna, moja cudza, bia豉 matu ma貫j Li... Co podkradnie si do okna, jaka bajka Kellermana, B璠zie patrzy niewidziana w ta鎍u spermy, cia i krwi... Mo瞠 jestem troch senny?... Mo瞠 jestem troch chory?... Niestrawiony, pieprzny obiad wywo逝je refleks, 瘸l... W rozdziawion paszcz nocy depeszuj semafory: Jad, kr鏊, do Polinezji, na sw鎩 autorecital!

Jasie雟ki Bruno - Pie填 o g這dzie - Prolog.

w wielotysi璚znych, stuulicych miastach wychodz codziennie tysi帷e gazet, d逝gie, czarne kolumny s堯w, wykrzykiwane g這郾o po wszystkich bulwarach. pisz je mali, starsi ludzie w okularach. nieprawda, pisze je Miasto stenografi tysi帷a wypadk闚. rytmem, t皻nem, krwi. d逝gie czterdziestoszpaltowe poematy. wystukuj je stutysi璚zne aparaty, kt鏎e s造sz puls 鈍iata za miliony mil, agencje reutera, havasa, paty, d逝gie, kilometrowe papierowe zwitki. komunikaty. miasto s造szy wszystko. wie za kogo wychodzi ksi篹niczka hiszpa雟ka i co spiskuj w gda雟ku niemcy wci捫 niesforni, o budowie w himalajach nowego wiaduktu, radiodepesze z kaliforni i stan pogody w timbuktu. o wszystkim pisze miasto w swoich 40-szpaltowych poematach: strajki w elektrowniach. przejechania. samob鎩stwa. oto jest prawdziwa gigantyczna poezja. jedyna.dwudziestoczterogodzinna wiecznie nowa. kt鏎a dzia豉 na mnie, jak silny elektryczny pr康 jak 鄉ieszne s wobec niej wszystkie poezje. poeci, jese軼ie niepotrzebni! ja nie czytam strinberga, ani norwida nie przyznaj si do 瘸dnego spadku. czytam 鈍ie瞠, pachn帷e farb dzienniki, bij帷ym sercem przegl康am rubryki wypadk闚, kt鏎e mnie k逝j, jak ostre pilniki. o, nadzwyczajne wypadki. samob鎩stwa, podrzucenia, katastrofy. kr鏒kie spi璚ia, tajemnicze po瘸ry. czarne strajki, rozstrzelania, napady. jaka ogromna kryje si w was tajemnica. nieprzet逝maczalna. tajemnica pulsuj帷ych miast. krzyczy w was ukrzy穎wana ulica. 篡we, odpreparowane od nask鏎ka mi瘰o. ja, kt鏎y 酥i, kiedy otello morduje desdemon, czuj, jak mi si nogi przera穎ne trz瘰, gdy na rogu, otoczony gawiedzi, zdycha 郵epy, zaje盥穎ny ko. oto jest prawdziwy niemalowany teatr. wielobarwne, heraklitowskie wszystko, wal帷e konkretno軼i, jak obuchem, z n鏬. wie o tym dobrze i mot這ch, kiedy gapi si na bezp豉tne widowisko. nie wiedz tego panie i panowie z taktem przechodz帷y na drug stron, gdy na p造tach w鈔鏚 grobowej, napr篹onej ciszy idzie ci篹ki, przed鄉iertelny balet. - panowie nie mog pogodzi si z faktem, w 瞠 teatr ten ma wiele niew徠pliwych zalet pisz o tym wszystkie gazety, pisz wi璚ej. w rubryce nadzwyczajnych wypadk闚 s ma貫, niewyra幡e wzmianki, o 鄉ierciach jakich niewiadomych ludzi, kt鏎e si ko鎍z s這wami: ...zawezwany lekarz pogotowia skonstatowa 鄉ier g這dow... o niewiadomi, bezimienni ludzie, zag這dzeni w Saharach milionowych miast, kt鏎ym nie mia kto poda nawet bu趾i z mas貫m. o wasze sine, popuchni皻e trupy, jak o w豉sne, upomni si 瘸r這czne, wszystko瞠rne Miasto. czarne, nat這czone prosektoria wyeksploatuj wasze zw這ki, rozd逝bi resztki waszych cia od ko軼i. wy jeste軼ie przedziwnym nawo膨cym sokiem wielkiej, nieobliczalnej, wspania貫j Ludzko軼i!

Jasie雟ki Bruno - Pie填 o g這dzie - III

a potem przysz造 dni, dni dziwne, pe軟e purpurowej grozy i kr鏒kie, blade, przera穎ne noce. ulicami p璠zi造 ci篹kie autowozy na豉dowane lud幟i, od bagnet闚 ostre i pe軟o by這 wsz璠zie lepkiej, skrzep貫j krwi, jakby kto rozdar wielk, zaropia陰 krost. chodnikami wa喚sali si bladzi, dziwni ludzie z b造szcz帷ymi niesamowicie, wkl瘰造mi oczyma i wszystko by這 dziwnie m皻ne, jak w gor帷zce. czas si zatrzyma. dni przychodzi造 酥i帷e i noce koloru khaki. nad pustymi ulicami 瘸rzy造 si lampy, rzucaj帷 d逝gie cienie bia貫 i czerwone. po nocach, pod eskort, zawsze w jedn stron wywozili 穎軟ierze d逝gie, czarne paki. jednego rana rzeki wyg這dnia造ch ludzi korytami zau趾闚 sp造n窸y na plac i krzyk miasto obudzi: te 軼ierwy! oszukuj nas w豉dz, kt鏎ej nie chc da. mamy ich w豉dz gdzie! nam praw nie potrzeba! niech nam dadz chleba! my - chcemy - je嗆!! - - - - - - na morzu bia造m cicho z do逝, gdy przyp造w okr皻 m鎩 ko造sze, przyk豉dam r璚e tub do ust i krzycz: SΧSZ!! co si wyrwa這 z pr皻闚 tam, krzyk zbuntowanej czarnej za這gi. czekajcie, sprute mam wy這gi. powiod wszystkich dzisiaj sam! na cztery strony cztery drogi, rozk豉dam r璚e, wszystkie taml chod嬈ie tu, wo豉m was, jak gustaw, kt鏎ych zapad貫 w g陰b policzki pozwol jasno mi policzy, ile軼ie dni nie mieli w ustach. czarni, br您owi, biali bracia! zgrajo obdarta i wychud豉! gdy noc ksi篹yc wyjrzy z chmur, jak szczury wy豉zicie z nor. pe透niecie, wlok帷 n鏬 swych szczud豉, pod okna, gdzie przy sto豉ch 穋 za szyb nat這czonych bar闚 sterty kompot闚 i homar闚 dranie spasione wasz krwi i dziwnie oczy wam si l郾i, a was nie sp這szy krzyk zegar闚. gdy wiatr p馧nocny drzewa czesze, przez ta鄉y g鏎 po nocy widnej od 郾ie積ych tundr do portu w sidney widz rozlane wasze rzesze. gdy w polach czarne cienie ta鎍z, spl徠ane w jeden d逝gi 豉鎍uch, do miast spe透acie si szara鎍z, siadacie cicho w progach drzwi czuwa nad zdrowymi snem mieszka鎍闚, kt鏎ym si wtedy w snach majacz ka逝瞠 czarnej, t逝stej krwi. o bracia moi wszystkich ras z europy, azji i ameryk, ilu was jeszcze jest gdzie wi璚ej, armie zg這dnia貫! nowe stany! nast徙i czas i 鈍iat, jak kleryk przyjmuje chrzest czerwonych 鈍i璚e. p鎩dziecie ze mn dzisiaj tam, gdzie 穋 zamorskie mangustany! - - - - - - - - - - - opada豉 na miasto mg豉 jesiennej s這ty. by dzie ch這dny, bezbarwny, wilgotny, jak kana. w mokrej mgle po zau趾ach do rana kas豉造 kulomioty. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - brzuchy nasze zielone, granatowe, sine, takie lekkie przedziwnie, ci篹 nam, jak wi瞛y. w dzie 簑jemy niesmaczn s這dkockliw 郵in, a w nocy ssiemy w豉sny zskorupia造 j瞛yk. w g這wie hucz nam ci庵le jakie dziwne szmery i straszna czczo嗆 w 穎陰dku okropnie nas nudzi, widzimy tylko w g鏎ze przez okna suteren nogi szybko ulic przechodz帷ych ludzi. a noc gdy za郾iemy strawieni bezruchem, poskr璚awszy wychud貫, popuchni皻e cz這nki, 郾i nam si taki s這dki prawdziwy baumkuchen na dziedzi鎍u s這necznym s御iedniej ochronki. wyci庵amy do niego r璚e przez sztachety, w瘰z帷 palcami pr騜ni, jak ssawkami macek, a ma貫, czyste dzieci i bia貫 kobiety k豉d nam w nie pachn帷y ukrajany placek. po瞠ramy krztusz帷 si, kawa豉mi, gwa速em dobre, s這dkie, przedziwne, wypieczone ciasto... gdzie blisko s造cha tr帳ki... ...to mi璚iutkie auta przysy豉 po nas wielkie, dobroczynne MIASTO.

Jasie雟ki Bruno - Pie填 o g這dzie - II

w maju, w zazielenionej s這necznej stolicy spacerowa造 po trotuarach kobiety dzieci i 穎軟ierze, gdy nagle z buchaj帷ej aorty przecznicy b瑿en uderzy. szli kolumnami,. za rogiem gin瘭i szereg za szeregiem rytmiczny i twardy na piersiach szarych, 穎軟ierskich szyneli, jak kwiaty, czerwienia造 czerwone kokardy. za szeregami ulicznicy z krzykiem i 鈍istem gonili ta鎍z帷y, wyrzucali czapki, ulice si k豉nia造 bia貫 i czyste. w wypiekach s這鎍a opada造 kwiatki. przechodzi造 kompanie r闚no, jak na mustrze, bez komendy trzyma造 sw鎩 cudowny krok, wszyscy porwani jednym milionowym spazmem. i w t逝mie b造sk bagnet闚 odbi si, jak w lustrze i zach造sn掖 si ca造 dzikim entuzjazmem. na ulice t逝my jasnych roze鄉ianych ludzi wyrzyga造 na s這鎍e obdrapane domy. panny. s逝膨ce. prostytutki u鄉iechaj si do siebie, jak znajome, i serca pod bluzkami t逝k im, jak gongi. na gmachu poczty i telegrafu rozwini皻a olbrzymia czerwona chor庵iew na wszystkich pi皻rach stukaj帷e aparaty wyrzucaj pod逝積e papierowe 鈍istki: wie嗆 na cztery ko鎍e 鈍iata wszystkim. wszystkim . wszystkim. w tokio zdenerwowany japo雟ki mikado odbiera rozedrgane, dzwoni帷e depesze i rozmawia iskrami z londynem, 瞠 wyros造 ju, zagra瘸j帷 zag豉d 鈍iatu, czerwone r璚e proletariatu. a wieczorem z czarnego oszala貫go miasta, z katedry, ciemnymi zau趾ami w鈔鏚 酥iew闚 i 鈍istu w pole p豉szcza kryj帷 twarz ucieka Chrystus; gdy nagle t逝m go na placu dopad. pochwycili za r璚e. zawlekli. czarni obdarci ludzie od kielni i 這pat. zaci庵n瘭i krzycz帷ego, boso, na r鏬, na miejscu samos康. kucharki zachrypni皻e podnosi造 pi窷ci: - za nasz krzywd! - za nasze c鏎ki, co si posz造 po hotelach 豉jdaczy! - za nasze stare, zharowane matki! - za nasz ha鎟 przep豉kanych m彗, - kt鏎捷 dzwonkiem zag逝sza i karmi op豉tkiem! ku豉kami, laskami zabili, zat逝kli. poturbowane, um璚zone cia這 upad這 pod razami spracowanych r彗. w tym samym czasie, kiedy dusza moja w kaloszach treugolnik w warszawie, w nat這czonym kinie, 軼i郾i皻a pr騜no czeka豉 zbawienia. w 鈔odku detektywicznego w這skiego dramatu od niechcenia zerwa豉 si lenta i na p堯tnie w鈔鏚 鄉iertelnej ciszy ukaza豉 si ta sama scena. krzyk powsta na sali i panika. rzucili si w pop這chu do drzwi. m篹czy幡i tratowali kobiety. pr騜no ciska si przy aparacie mechanik, a gdy wreszcie zapalono kinkiety, na ekranie zosta造 czarne plamy krwi. po ulicach snuj jacy ludzie, cienie prawie, i gin zanim s這wo si g這郾o wym闚i, a w o鈍ietlonej sali tow. higienicznego histeryczne studentki i gawied oklaskuj ziewaj帷 estrad, z kt鏎ej k豉nia si glink i kocha si tuwim, twarze krwi im zachwytu nabieg造 nalane. czekajcie, twarze te sk康 znam! to t逝m ten sam, kt鏎y we mnie w zakopanem rozjuszony w bezbronnego ciska jajka i ceg造. i kiedy 瞠gnany oklaskami schodzi ostatni b豉zen, wszed貫m wolno na estrad i powiedzia貫m prawie ze smutkiem. - panowie, - nic nie wiecie. - dosta貫m depesz. - dzisiaj wyje盥瘸m. zdaje si, 瞠 nikt si nie rozp豉ka. by這 cicho. kto zacz掖 bi brawo. wyszed貫m wolno na ulic. doro磬a odwioz豉 mnie na dworzec. k豉nia造 si latarnie nie wiadomo po co, gdy poci庵 szyby okien chustk dymu czy軼i. schyleni pod piecami majow noc 酥iewali na zwrotnicach czarni maszyni軼i.

Jasie雟ki Bruno - Pie填 o g這dzie - I

daj twarz do kolan swoich przytuli. krew z twoich palc闚 zli瞠m. z odrzuconymi bezw豉dnie r瘯ami ulic le瘸這 Miasto krzy瞠m. przybili go do ziemi 獞iekami lamp, jarz帷e bia貫 gwo寮zie w瘸r造 si, jak krzyki. przysz豉 noc i przylgn窸a do krwawych ramp pal帷 chust weroniki. okropna, lepiej deszczem po twarzy t逝c, jak tych ukrzy穎wanych na bramach raj闚. krople czarne, male鎥ie, natr皻ne, wyrzucone z krwi razem z powrotem z p逝c po czarnej pooranej szynami twarzy sp造n窸y 透ami tramwaj闚. jeszcze i jeszcze, bezkszta速ne, wypuk貫 domy czarne, ob郵izg貫, karmione deszczem nap璚znia造, jak g帳ki, napuch造, rozla造 si, rozpe透造 rozd皻e, stulice wyst徙i造 na chodniki z ciemno軼i, zsun窸y si, przeci窸y krzycz帷 ulic - ludzie! - pom騜cie! - rozgniot! wyp造n窸y w u軼isku skrwawione wn皻rzno軼i i bez j瘯u wyla造 si w b這to. a czarne 軼iany rosn, ci庵n si do g鏎y. zas這ni造 ca貫 niebo, w zakry造 szczyty, jakby ogromne o這wiane chmury na ziemi urz康zi造 meeting. nie b璠 篡, jak kato, ni walczy, jak samson g堯d, kt鏎y ro郾ie we mnie, ciska mn w gor帷zce. by cz這wiek, kt鏎y nie jad, nazywa si hamsun i zrobi na tym p騧niej s豉w i pieni康ze. na wytartej kanapie, skr璚ony w sze嗆 le輳 pr篹帷 do g鏎y zsinia造 profil. dzie odchodz帷 wy d逝go zje篡wszy szer嗆, a teraz noc mi 酥iewa swe dziwne strofy... zaraz sufit bez szmeru zsunie si w pokoju. przygniecie pomale鎥u cicho i jasno. wolno tynk si na 軼ianach rozdwoi, jakby pok鎩 wargami mlasn掖. 軼ian rozmokni皻ych bezz瑿ne dzi御豉 poruszy造 si wolno. 簑j cmokaj帷. nagle st馧 po pod這dze zapl御a i piec podskoczy, jak pajac. coraz bli瞠j i bli瞠j zsun窸y si 軼iany. nie odepchn望 r瘯ami pe透n帷ych tapet. cicho... na palcach... jak pies 軼igany... ju tylko za parapet... T E R A Z !! a ku ku! g這w w d馧. cztery okna i trrrach! o mi瘯ki asfaltowy materac. polecia這. zata鎍zy這. upad這. i jeszcze odbity, jak od gutaperkowej posadzki lec. odskakuj od gzyms闚, jak pi趾a, z deszczem i w g鏎 wystrzelam 鈍iece. gumow czaszk o bruk i wy瞠j hop! odbijam si z powrotem. do g鏎y i na d馧. z rozpostartymi r瘯ami lec pod strop i znowu na ziemi spadam. ju my郵i, jak kobiety, wal si z n鏬, oci篹a貫, jak k喚by w zburzonym ruszcie. jeszcze chwila i czaszka trza郾ie o bruk - pom騜cie! - pom騜cie!! - pom騜cie!!! przybiegli wystraszeni. otoczyli ko貫m. w rozpostartego wparli przera穎ne oczy. - nie b鎩cie si. - nie krzyczcie. - nic nie zwichn掖em. - przyci郾ijcie mnie. - mocniej! - odskocz!! pochylili si. przygnietli. zagrali na tr帳ce. bliskie zmieszane twarze, przestraszone troch. dw鏂h wysiad這 z karetki i wsadzi mnie w g陰b chce! na sko豉tan g這w wci庵n mi po鎍zoch!! po這篡li na mi瘯kie. .... daleko. ... przysz這嗆. ... d逝gie zielone palmy ko造sz si w czaszce. Reniu! to ty? jak dobrze 瞠 przysz豉. aksamitnymi r瘯ami po twarzy mnie g豉szczesz. pami皻asz wtedy wiecz鏎... deszcz za oknem 酥iewa. s逝cha貫m, czy cho jeden nerw Tw鎩 jeszcze dr篡 mn na zielonym cmentarzu teraz skoml drzewa i jest tak bezlito郾ie, przejmuj帷o zimno. teraz sam, jak podrzutek przez pusty przytu貫k, p鎩d pomi璠zy ludzi daleki i obcy. w male鎥im gniazdku serca nie ma ju jask馧ek, zabili mi ostatni 幢i, niegrzeczni ch這pcy. chlipi帷y skowyt z krtani na wierzch si wyspina. czepia si Twojej sukni, pe透nie ku d這niom. ucieka nie mam si造. nadchodzi fina. zajadli mali ludzie z psami mnie goni. ogromny t逝m z laskami, czarny, jak pow鏚 ro郾ie, wije si za mn d逝gi, jak ogon. zamkn瘭i drzwi! za p騧no! nie mam gdzie si schowa! malutk i prosty cz這wiek podstawi mi nog!! ju. ju. dopadli. stratowali. zmi瘭i. podeptanego trupa podnie郵i, jak sztandar wysoko i na przedzie, nad t逝mem obok kapeli, ponie郵i. 郾ieg pada gruby i w oczach narasta. szli ludzie niezliczenie, bez豉dnie i t逝mnie, kiedy zakropionymi ulicami miasta ponie郵i mnie w ogromnej o這wianej trumnie. szli ksi篹a z kadzid豉mi, jeden d逝gi gest r彗, i zwi您ek literat闚 w cylindrach i krepie, i cechy z chor庵wiami, w tu簑rkach, z orkiestr, a potem t逝m si czarny na rogach doczepia. na placu teatralnym t逝m rozla si w mrowie. dzwony dzwoni造 w dzwony i w dzwonach ich krzyk nik, gdy nagle straszny, obanda穎wany cz這wiek podnios貫m si ogromny, gro幡y, jak wykrzyknik! panowie! jestem wzruszony. widzicie, zblad貫m. 瞠gnacie mnie tak pi瘯nie i tyle tu kobiet, ale zapominacie, 瞠 nic dzi nie jad貫m i musz i嗆 zaraz na obiad. o! cisza. i ryk jeden! krzyki. spazmy. p豉cze. ha豉s powsta i tumult. krzyczeli: zmartwychwsta ! jakby na przedstawieniu opery w teatrze nagle za酥iewa statysta. panowie! nie kl瘯ajcie. nie p豉czcie. nie krzyczcie. widzicie, stoj zdrowy, cudowny i prosty! ach, skurcz si w sobie, wykrztu na bruk swoje 篡cie i id嬈ie z nim pod r璚e ta鎍owa na mosty. nie b璠ziemy ju odt康 umiera wi璚ej, kt騜 by nas takich pi瘯nych i olbrzymich grzeba. roze鄉iejcie si wszyscy, we嬈ie si za r璚e i prosto marsza趾owsk p鎩dziemy do nieba. jak mo瞠 ka盥y z nas, co dzisiaj ta鎍z, sta si martwym, 鄉ierdz帷ym, po kt鏎ym si skrupulatnie wykadza zakrysti, nas z kt鏎ych ka盥y sam jest 篡j帷 monstrancj na serca swego bia陰 eucharysti. pozdejmujcie ich z krzy鄴w! niech ziemi krocz ci, co chcieli przez wieki umiera za nas. 篡cie cudownym sokiem trysn窸o nam w oczy, jak pod no瞠m dojrza造 ananas! ... z przyczajonych zau趾闚 w noc ku spelunkom czarna zmowa wype透豉, wije si, jak skorek. pochwycili mnie z ty逝! wi捫! ratunku!! na g這w mi wci庵aj straszny czarny worek! przysz豉 noc g逝choniema i w g這wach siad豉, ma貫 kaszl帷e serce przycisn窸a r瘯. s造sz! ziemia ju dudni od st鏕, jak kowad豉. trzymajcie! t皻na mi p瘯n! z daleka jeszcze. s這鎍e g這w mi parzy. olbrzymi g這dni ludzie, czarni od maszyn! idziecie, wiem. nie patrzcie! nie trzeba twarzy! ka盥y z was b璠zie mesjaszem! o wykrztu si z twych piwnic, wywal si na wierzch, jak krew buchnij przez okna i wszystko zalej t逝mie cham闚, co niebo g這wami dziurawisz! jakie ogromne morze wyobra瞠! jakie cudowne dale! serce olbrzymie w krtani stan窸o i skacze. wypluj pod nogi, w piach wam. idziecie! krzycze nie mog! ogromni w zorzy po穎dze. trup m鎩 krwawy, stratowany, czerwony, jak 豉chman, z kt鏎ego mo瞠 szmat na sw鎩 sztandar udr, w 鄉iertelnym zapatrzeniu le篡 wam na drodze, po kt鏎ej przechodzicie w J U T R O!

Jasie雟ki Bruno - Pie填 o g這dzie - Fina.

na mi瘯kiej trawie twarz do chmur le輳 ogromny chi雟ki bogdychan. nie tkn掖 mnie 瘸den piorun ni m鏎, a jednak czuj, 瞠 zdycham. i kiedy z estrad p這n帷ych ja郾iej ciskam swoje och豉py brutalny i wielki, 鄉ier moja mo瞠 dogryza ju w豉郾ie moje ostatnie cukierki. nie b璠 pisa wierszy, - jak pusty k這s S, lecz wiem, 瞠 ci, co raz s造szeli je, jak zaraz za sob wsz璠zie ponios kaprys闚 moich ewangelie.